środa, 4 grudnia 2013

Do czytających!
Piszę bloga i pisać będę.
Od dzisiaj pod nowym adresem.
Własnym.
Czytajcie
Piszcie
Teraz kontakt jest bardzo prosty;
http://cozwamikurde.pl/

czwartek, 28 listopada 2013

Moja trzydziestka
To jest najzupełniej niemożliwe! Ta okoliczność i ten list.
Te liczby i gratulacje i życzenia dobrego życia, także osobistego.
Zawsze miałam dobre życie, nawet jak się nie układało. Ktoś się pomylił, jak wypisywał tę liczbę.  To niedorzeczne. Wczoraj kupowałam w sportowym sklepie czapkę i rękawiczki , żeby nie marznąć,  gdy biegam!
(Nie kupiłam, taka kasa za taki prawie gadżet?  Ale nie o to teraz chodzi)
Okrągłe 30 lat. Taki jubileusz w pracy, to moi rodzice chyba, a nie ja.
Dobrze pamiętam.  Byłam wystraszona, a rano zmarzłam na przystanku. W innym mieście. Nie wiodło się na początku, ale szybko się odmieniło. Ktoś wyciągnął dobrą kartę. I wtedy pełna satysfakcja. W niedzielę wyjazd na rosołek, uśmiech dzieci i dyskusje po świt. Przy winie, lub bez. Albo przy czymkolwiek. I działo się, działo.  I nic się nie zmieniło. Przychodzą Przyjaciele, obieramy seler, kroimy na kawałeczki, do tego listek i ziele i gałka, no, może kawałek pietruszki. I długo gotujemy. Ważne, żeby w mleku i miksujemy. I już jest. Oryginalne, proste i pięknie wygląda przy zielonej sałacie i awokado. Grasz w zielone? Gram. Masz zielone? Mam. Wszyscy lubią. Co Ty mówisz? Że na niedzielę to samo? Nie, coś innego. Choć też pogramy w zielone.
Nie, nie zabiorę tego dokumentu do domu. Jest taki nierealny i dotyczy przeszłości. Przeszłość to przeszłość i już się wydarzyło. I nikt nie wie co będzie. Tyle tylko, że normalnie obudzi mnie jutro budzik. Jak zawsze za wcześnie. Obliczę, ile takich szarych poranków zostało do soboty. Piątek! Nie zaklnę. Po południu zaniosę kożuch do pralni, wyjdę na spacer. Z psem. Albo z mężem. Albo od razu siądę do komputera. Westchnę: och to już 44 posty! A dopiero zaczynałam!
I perspektywa pozostanie długa, horyzont nie przysłonięty, będzie świeciło słońce, choć na dworzebędzie pochmurnie. Jesiennie. Niechby choć śnieg spadł!

niedziela, 24 listopada 2013

Znowu święta

Te Mikołaje z brodami, łańcuchy kolorowe, śnieg sztuczny

Te czerwone pidżamy i zielone obrusy w złote gwiazdki

A w mięsnym świąteczna promocja na gęś 9.90 za kilogram.

Dopiero kupowaliśmy kolejne światełka na jodełkę na zewnątrz. Kolejny raz mówiliśmy i tak się zaraz zepsuje, a pan i pani całkiem zmarznięci za tym kramem, zapewniali, że u nich świecą już parę lat.

Dobrze pamiętam jak w ubiegłym roku wyjątkowo nie upiekłam sernika i wyjątkowo kupiłam keks w tej cukierni, co wszyscy wiedzą i jak żałowałam, bo tylko proszek do pieczenia gryzł w język.

Dopiero co, a tu myk, przewinęło się i znowu święta. Tuż, tuż. To prawie niemożliwe. Jeszcze nic się takiego nie wydarzyło, a rok już niczym na rysunkach, staje się starym dziadkiem z długą brodą i pochylonymi plecami.

Naprawdę nic takiego się nie wydarzyło.

Mieliśmy urodziny i imieniny, Wielkanoc, odwiedziny syna z dziewczyną. Pierwszy raz. Byliśmy na wakacjach, o czym zresztą już pisałam. Było niesamowite morze, słońce i niezapomniany smak sardynek. Zaprzyjaźniony młody człowiek kochał, ale już się rozstali. Kolejny nie zdał egzaminu, ale już sprawa wyjaśniona. Wdowa pierwszy raz się uśmiechnęła. Beata musiała podjąć drastyczne leczenie. Właściwie bierze chemię, ale znosi całkiem dobrze. Nie wszystkie premiery w teatrze były udane i nie wszystkie książki wciągnęły mnie od pierwszej strony. Polityka najczęściej była do dupy, ale sprawa odejścia pewnego męża od młodej żony już nie jest aktualna. To dobrze, bo mają pięciomiesięcznego syna. Płakałam i się śmiałam. Żałuję bardzo, że ten ważny pan nie dotrzymał słowa. Że ciągle nie dotrzymuje. Ale się uodporniłam i wcale nie straciłam nadziei. Dmucham w iskrę, więc ogień płonie, choć cienie się wydłużają.

Naprawdę nie ma o czym pisać. Nic się nie zdążyło wydarzyć, a tu już kolejne święta.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Słoneczni  chłopcy

Byłam na premierze w stołecznym teatrze. 

Było bardzo, bardzo miło.

Było całkiem dobre wino  i na maleńkich talerzykach smaczne przekąski. I byli kelnerzy, więc nie było bałaganu, który tworzą niechlujnie odkładane brudne naczynia co i rusz. Było dużo gości i dużo fotografów. Była ścianka, czyli dwumetrowa na wysokość i może cztero, albo więcej na szerokość, kartonowa płyta lekko wygięta, oklejona, ustawiona na podwyższeniu. Przed płytą, to znaczy tyłem do niej, a przodem do foyer stawali piękni ludzie w pięknych strojach i uśmiechali się, stroszyli, pozowali, wyginali. Nieśli takie dobre przesłanie: że wszystkich kochają, że uśmiechają się tak radośnie, szczerze i szeroko, bo świat na to zasługuje. Nawet,  jeśli nie wszyscy tak myślą. Fotografowie pstrykali zdjęcia, bardzo dużo zdjęć, także ustawionemu pod ścianką byłemu prezydentowi Rzeczpospolitej z żoną. Nie wiem czy były premier Rzeczpospolitej, znany z szorstkiej przyjaźni z byłym prezydentem, też stanął do zdjęcia pod ścianką, ale za to widać było, że czuje się jak ryba w wodzie  w tej artystycznej atmosferze.
Miejsce miałam dobre, siedzące. Na schodach, ale za to zaraz obok nóg słynnej dziennikarki telewizyjnej, którą dopiero co widziałam pod ścianką. Było ciasno, bo miejsc siedzących na schodach było bardzo, bardzo dużo. Pupa przy pupie można powiedzieć!  Jedna pani to nawet się wywróciła, spadł jej but i nie mogła znaleźć, a moja koleżanka upadła na plecy, ale muszę przyznać, że szybko się zebrała. W każdym razie w antrakcie, łapaliśmy się za dłonie, bo stopnie schodów w tym teatrze na piętrze bardzo niskie są i nagłe poderwanie skrzyżowanych nóg, raczej nie było możliwe. Tak więc łapaliśmy się i w górę i do drzwi. Żeby umożliwić wyjście teatromanom  fotelowym,  na których czekali fotograficy,  bo inaczej nie byłoby  przejścia po prostu.
Trochę baliśmy się, że ktoś nam zwinie wysiedziałe pufy do siedzenia, ponieważ niektórzy goście schodowi  takie dostawali, ale nie.  Koleżanka wróciła na wszelki wypadek wcześniej na salę, żeby popilnować. 

Było naprawdę bardzo miło i światowo. Później przeczytałam, że jedna znana pani, miała na sobie kostiumik za 25 Tys. Złotych. (Sama ręka mi poleciała, żeby z dużej litery napisać, to niech tak zostanie). To było właściwie czarne spodnium z białą koronkową wstawką. Naprawdę było ładne.
A! No i sztuka też była ładna. Pamiętam tytuł: „Słoneczni chłopcy”.

czwartek, 14 listopada 2013

Nic, tylko pisać 

Byłam na szkoleniu

Kliknięcie z dysku i panel się automatycznie otwiera
Zgodnie z procedurą opisaną w instrukcji
Przyjmuję, że wszyscy znamy ją doskonale
Mieli Państwo czas na zapoznanie się
Bo jeśli chodzi o koordynowanie czynności to Państwo wiedzą, bo są załączniki dla państwa opisane
Zresztą, co zostało ustalone, zostało zapisane
Są kategorie, że typy dokumentu wybieramy z listy jedynie
Choć są precedensy

-A czy mogę zapytać, bo nie rozumiem…

Później, proszę Pani, omawiam kolejno, to rzeczy proste są, a potem pytania

-Ale ja mam pytanie odnośnie właśnie…

Wszystko jest w instrukcji, może z dziesięć, dwanaście stron, wystarczy przeczytać
Potem wdrożymy i już
Zakładka komentarze też powinna być zrozumiała
I możemy wykonać kopię zapasową lub usunąć możemy
Zarządzając kanałem witryny
Jak widać przygotowanie bloga jest proste
Teraz mogą się Państwo skupić wyłącznie na pisaniu

wtorek, 12 listopada 2013


Kupię sobie nowy dres 

Rano wyszłam. Teraz przyszłam. Miałam plany i zawiodłam.

Włożyłam więc dres i będę biegać.

Lubię biegać. Myśli ulatują, głowa stygnie a mięśnie stają się prężne. Moje może  nie specjalnie, ale lubię myśleć, że jest dokładnie odwrotnie.

Czasem ktoś patrzy z zazdrością, a czasem przedrzeźnia. Nie szkodzi, niech sobie przedrzeźnia. Prawie wszyscy teraz biegają. Wkoło, w te i w tamte. Mają obrączki na przedramionach i zgrabne spodnie z nalepkami. Kurtki przeciwdeszczowe, przeciwpotne, przeciwmgielne i odblaskowe. Ładne, modne i kolorowe. Latem swoim  spodniom obciąłam nogawki, zostały mi jeszcze jedne, na jesień i zimę. Ciepłe i wygodne. Wysokie i wąskie  na górze, za szerokie na dole. Odwrotnie chyba niż trzeba. Niedobrze. Moje wysłużone buty nie obcierają, nie pękają , ale  nie wiem czy odpowiednio amortyzują. Przepaskę na uszy znalazłam w starej szafie.

-Skąd się wzięła? Przecież ją wyrzuciłam, mówi córka z wyrzutem.

Nie jestem hipsterska, tylko staroświecka w tej opasce czerwonej z małymi trupimi czaszkami w kolorze szarostalowym. No owszem są trupie czaszki, ale sama sobie chciała, gdy jeszcze nosiła opaski, w których jej było tak ładnie. Dobrze, nic nie mówię, ale pamiętasz? Torba zielona na ramię w czaszki, zakładka do książki w czaszki.

Dobrze, już idę.

Nie powiem, od samej bramy rozpoczynam bieg. Nogi dzisiaj jakieś ciężkie, pogoda chyba winna. Albo i nie. Lubię taką pogodę. W niedzielę biegało mi się dobrze, bardzo dobrze, jakby ktoś napierał na moje plecy.

Biegnę. Coraz szybciej. Dobrze jest. Jak to było? Z tymi planami. Miałam jakieś. Tamto spotkanie. Nie jestem pewna czy o to chodziło.

Śliskie te liście, trzeba uważać jak się biega i trzeba zgrabić te, które zalegają w ogródku. Ale na razie niech sobie leżą. Skończę dzisiaj czytać książkę. Ściągam opaskę, gorąco. Zakładam znowu. Ostatnio w ten sposób nabawiłam się zapalenia ucha. Straszny ból, trzeba uważać.

 A jak rówieśnicy mówią, że lata lecą to się wkurzam, że  nie o to jeszcze chodzi.

A jak jednak o to?

No, wreszcie widzę mój słup. Wyznacza półmetek biegu.

Na przystanku grupka młodzieży. Wbrew rozsądkowi przyśpieszam, prostuję plecy, przebiegam obok. Ciekawe czy widzą te moje stare dresy? Patrzą z zainteresowaniem. Im bliżej, tym gorzej, bo patrzą uważniej. Nie dziwię się, co niby mają robić na przystanku? Przyśpieszam, przebiegam. Pozdrowili mnie, przestali kląć. Lubię młodzież. Wystarczy się do nich uśmiechnąć, już kupieni. Zwalniam z ulgą. Jutro pójdę na zakupy.

Po nowe getry.

Takie z gładkością jedwabiu, super wyszczuplające, markowe, ze sznurkami w pasie. Czarne, z neonową nitką w szwach. A nitka będzie pomarańczowa albo żółta. Spodnie będą nierozciągliwe, z gwarancją wygody, typu capri, czyli o długości trzy czwarte i będą mieć kieszonkę na mp3, chociaż nie używam i modny outfit, cokolwiek to znaczy. Najmodniejszy!

piątek, 1 listopada 2013

Basia
Myślę dzisiaj o Tobie Basiu.
Pamiętam.
Było już po świętach i po Nowym Roku. Świat nie zdołał się jeszcze otrząsnąć po zamachach z 11 września w Nowym Jorku, a Małysz jeszcze nie zdobył Pucharu Świata w Zakopanem.
Przyszłam do pracy podekscytowana. Zebrałam dobry materiał do nowego reportażu. Jak zwykle, miałam przy nim popracować sama, ale o każdym moim kroku byś wiedziała.jak zwykle życzliwa i rozsądna. Szczera i kompetentna, bo od lat związana z zawodem. No i tak bardzo lubiłyśmy się. Mimo różnic wieku i funkcji.
Przełożona- przyjaciółka
Przełożona- powierniczka
Tamtego dnia wszystko miałam zaplanowane. Gdy już będę gotowa, wspólnie nadamy szlify reportażowi o Pismaku. To będzie druga część, bo po latach wracam do bohatera.
Pamiętam. Nie dotarło do mnieże nie przyjdziesz do pracy. Że kilkanaście minut po tym jak telefonicznie składałyśmy sobie życzenia, wyszłaś z domu i już do niego nie wróciłaś. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak już zostanie.
Nie docierało do nas, co mówili lekarze. To było absurdalne, tym bardziej, że medycyna poczyniła takie postępy! Tak przecież tłumaczyłam Twojej Mamie!
Na wieczny odpoczynek odprowadziliśmy Cię  miesiąc później.
Płakaliśmy wiele miesięcy.
Od rana mam do Ciebie tyle pytań…
Zapalam dla Ciebie świeczkę, Basiu.