niedziela, 24 listopada 2013

Znowu święta

Te Mikołaje z brodami, łańcuchy kolorowe, śnieg sztuczny

Te czerwone pidżamy i zielone obrusy w złote gwiazdki

A w mięsnym świąteczna promocja na gęś 9.90 za kilogram.

Dopiero kupowaliśmy kolejne światełka na jodełkę na zewnątrz. Kolejny raz mówiliśmy i tak się zaraz zepsuje, a pan i pani całkiem zmarznięci za tym kramem, zapewniali, że u nich świecą już parę lat.

Dobrze pamiętam jak w ubiegłym roku wyjątkowo nie upiekłam sernika i wyjątkowo kupiłam keks w tej cukierni, co wszyscy wiedzą i jak żałowałam, bo tylko proszek do pieczenia gryzł w język.

Dopiero co, a tu myk, przewinęło się i znowu święta. Tuż, tuż. To prawie niemożliwe. Jeszcze nic się takiego nie wydarzyło, a rok już niczym na rysunkach, staje się starym dziadkiem z długą brodą i pochylonymi plecami.

Naprawdę nic takiego się nie wydarzyło.

Mieliśmy urodziny i imieniny, Wielkanoc, odwiedziny syna z dziewczyną. Pierwszy raz. Byliśmy na wakacjach, o czym zresztą już pisałam. Było niesamowite morze, słońce i niezapomniany smak sardynek. Zaprzyjaźniony młody człowiek kochał, ale już się rozstali. Kolejny nie zdał egzaminu, ale już sprawa wyjaśniona. Wdowa pierwszy raz się uśmiechnęła. Beata musiała podjąć drastyczne leczenie. Właściwie bierze chemię, ale znosi całkiem dobrze. Nie wszystkie premiery w teatrze były udane i nie wszystkie książki wciągnęły mnie od pierwszej strony. Polityka najczęściej była do dupy, ale sprawa odejścia pewnego męża od młodej żony już nie jest aktualna. To dobrze, bo mają pięciomiesięcznego syna. Płakałam i się śmiałam. Żałuję bardzo, że ten ważny pan nie dotrzymał słowa. Że ciągle nie dotrzymuje. Ale się uodporniłam i wcale nie straciłam nadziei. Dmucham w iskrę, więc ogień płonie, choć cienie się wydłużają.

Naprawdę nie ma o czym pisać. Nic się nie zdążyło wydarzyć, a tu już kolejne święta.